wtorek, 6 maja 2014

"Cukrzyca nasza..." opowiadanie


Mam na imię Ania i jestem mamą „cukiereczki”….

Wszystko zaczęło się wiosną 2013 roku – ogólnie ten rok był dla nas pechowy – najpierw 3 tygodnie w szpitalu z 5 tygodniowym synkiem, potem przyniesiony właśnie ze szpitala w ramach gratisu rotavirus a w maju diagnoza Karinki. Ale od początku.

Był koniec kwietnia 2013 roku – słońce powoli przebijało się przez chmury, trawa robiła się coraz zieleńsza a wkoło słychać było piski bawiących się dzieci. Nie było jednak w tym całym hałasie mojej córeczki -  Karinki. Z dziecka wesołego, radosnego i cieszącego się każdą chwilą zrobiła się cicha, małomówna, wiecznie ospała i nie mająca ochoty na nic. To był dla mnie sygnał że dzieje się coś niedobrego. Panie z przedszkola również potwierdzały że coś jej nie tak.

Karinka dodatkowo strasznie dużo piła i co za tym idzie co chwile biegała do toalety. Zdarzały się sytuacje że gdy nie było pod ręką czegoś do picia potrafiła sączyć wodę z kranu w łazience lub kuchni. To mnie strasznie zaniepokoiło – oczywiście jak to w dzisiejszych czasach techniki, internetu itp. człowiek od razu szuka odpowiedzi na dręczące pytanie u „doktora google”.

Gdy tak przeglądałam stronę po stronie moje obawy tylko wzrosły – wszędzie przewijało się jedno słowo – cukrzyca. Nie wierzyłam w to że moje dziecko od tak mogło zachorować – przecież w naszej rodzinie nikt na to nie choruje a to podobno choroba genetyczna (teraz wiem że to jedna wielka bzdura).

Skierowałam się więc z córką do diagnostyki zrobić podstawowe badania. Na wyniki czekałam kilka  godzin – wyszła podwyższona glukoza – sygnał że coś jest nie w porządku. Kolejnego dnia z wynikami podjechałam do naszej pediatry – Karinka była na czczo – zmierzono jej cukier glukometrem  (pierwszy raz) – wynik 407 !! (gdzie norma to 80-120). Od razu skierowano nas do szpitala na badania. Tam nikt nam nic nie mówił – w zasadzie to miałam wrażenie że personel z oddziału dziecięcego jest w większej panice niż my. Położono nas w Sali Intensywnego Nadzoru.  Był 15 maj 2013 godzina 17:43 – do Sali weszła kobieta która z miną jakby nic się nie stało oznajmiła – Pani córka ma cukrzycę 1 typu – i wyszła. Zostałam sama z coreczką (mąż musiał zająć się naszym 5 miesięcznym synkiem). Nie wiedziałam co mam robić – jak wytłumaczyć to dziecku, jak dalej będzie wyglądać nasze życie. Karinka po podaniu dożylnie insuliny jakby trochę odżyła i wkółko pytała się kiedy wrócimy do domu i że może być coś w końcu zjadła  - co ostatnim czasem było dla niej przeszkoda nie do pokonania – w wyniku czego straciła na wadze 4kg.

Kolejnego dnia rano poinformowano nas że za 4 dni zostaniemy przeniesieni do specjalistycznego szpitala gdzie się nami zajmą i przeszkolą odpowiednio „bo to przecież choroba na całe życie i jakoś musicie z tym żyć”.

Szczerze nie mogłam się doczekać aż wkońcu wyjdziemy z tego okropnego miejsca – klika miesięcy wcześniej na tym samym oddziale spędziłam 21 dni z synkiem który trafił tu z lekkim przeziębieniem i po 3 dniach mieliśmy wrócić do domu. Stało się inaczej w skutek czego miała strasznie złe wspomnienia związane nie tylko z tym miejscem ale także personelem .

Przyszedł wreszcie poniedziałek i z samego rana karetką zostaliśmy przetransportowani do innego szpitala. Tam było już zupełnie inaczej – były dzieci z tą samą chorobą, mamy które wzajemnie się wspierały, pani psycholog służąca ramieniem do wypłakania się, sala zabaw dla dzieci.

Karinka czuła się tu jak w domu – mogłyśmy swobodnie wychodzić na spacery po ogrodzie. Gdy ja byłam na szkoleniu ona razem z innymi cukiereczkami bawiła się w szpitalnym przedszkolu.

Spędziłyśmy tu 5 dni – przez te 5 dni musiałam w miarę ogarnać temat cukrzycy – insulina, glukometr, peny, paski, glukagon, korekty, hipoglikemia, hiperglikemia itp. – to pojęcia które na stałe miały wejść do naszego życia.

Gdy w piątek po śniadaniu poinformowano nas że wszystkie dokumenty są już gotowe i możemy wracać do domu byłam przerażona. Bałam się strasznie że nie podołam. Oczywiście mój kochany mąż i cała rodzina bardzo mnie wspierali ale ja wciąż miałam obawy że coś źle policzę, że podam za mało albo za dużo insuliny.

Nie zapomnę jak pierwszy raz miałam pena w ręce i musiałam zrobić córeczce „zastrzyk” – mój strach był wtedy na maksymalnym poziomie – ale dałam radę – głównie dzięki mojej wspaniałej dziewczynce która powiedziała – „mamo to nie boli tak bardzo, nie bój się”

Po powrocie do domu czekała nas chyba najbardziej nieprzespana noc – prawde mówiąc  ja nie mogłam zmrużyć oka i cały czas czuwałam przy Karince. Co 2 godziny mierzyłam cukier. Jeszcze kilka kolejnych nocy było takich ale z dnia na dzień cukrzyca jakby wkradła się w nasze życie i powoli oswajaliśmy się z nią.

Po miesiącu było już w sumie prawie tak samo jak przed diagnozą. W sierpniu pojechaliśmy w czwórkę na 10 dniowe zwiedzanie Europy – cukrzyca pojechała razem z nami. I było super – cukry pięknie się trzymały mimo że spędzaliśmy sporo czasu w samochodzie, mimo tego że Karinka jadła pyszne lody.  Po plaży dumnie biegała z różową opaską informacyjną o jej chorobie.

Po powrocie do domu czekał nas jednak dylemat – co teraz z przedszkolem. Już w szpitalu poinformowano mnie że może być bardzo ciężko by moje dziecko zostało przyjęte.

Jednak szczęście się do nas uśmiechnęło i pani dyrektor oznajmiła nam że od września czekają na moją córeczkę z otwartymi rękami i że do tego czasu odpowiednio się podszkolą i dadzą sobie radę.

Przez moje obawy Karinka do przedszkola poszła dopiero w październiku – pierwsze dni były dla mnie wyjątkowo stresujące – przez cały czas zerkałam na telefon i sprawdzałam czy aby nikt nie dzwoni.

Nikt nie dzwonił – nie licząc mojego męża który też się strasznie stresował tą całą sytuacją i na pewno ciężko mu się pracowało.  Kolejne dni mijały tak samo – i tak samo jest teraz. Żyjemy z cukrzycą już prawie rok i przyznam szczerzę że myślałam że będzie ciężej.

Karinka chodzi do przedszkola, ma koleżanki i kolegów którzy traktują jej chorobę jakby jej w ogóle nie było. Jest żywiołowym ,radosnym i pełnym życia dzieckiem.

Póki co nie należymy do żadnego organizacji ale mailujemy często z mamami innych cukiereczków, piszemy też naszego wspólnego bloga (choć nie ukrywam ciężko nam czasami to wszystko ogarnąć – dwójka dzieci, dom, praca) Poza tym Karinka zawsze chce wiedzieć o czym tym razem będę pisać i musi wyrazić zgodę na autoryzację ;)

Nasze życie może trochę się zmieniło – jesteśmy tzn staramy się być bardziej poukładani i zorganizowani – głownie chodzi tu o pory posiłków i ich ilość.

Myślę że cukrzyca już na tyle jest z nami „zaprzyjaźniona” że nie jest dla nas udręką – po prostu musimy z nią żyć i tyle – póki co tego nie zmienimy.

 

Pozdrawiamy

Ania i Karinka

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz